Jak urzędnicy korzystają z AI?

Jest takie zdanie, które powinno wisieć w każdym urzędzie nad drukarką, obok instrukcji ppoż. Wypowiedział je fotograf prezydenta, komentując wpadkę Ministerstwa Obrony Narodowej: „Wjechał Chat, brak czasu i brak czujności. Poszło." Cztery słowa, a mieści się w nich cała historia tego, jak polskie instytucje publiczne odkryły sztuczną inteligencję — i natychmiast strzeliły sobie z niej w kolano.
Bo widzisz, AI weszło do urzędów tą samą drogą, którą kiedyś wchodził Excel do przechowywania haseł: ktoś usłyszał, że „to teraz przyspiesza pracę", kliknął, nie sprawdził, wysłał. I nagle instytucja, która ma powagę, budżet i departament komunikacji, publikuje coś, co wygląda, jakby wygenerował to znudzony nastolatek o trzeciej w nocy.
Pokażę Ci trzy takie sprawy. Od ministerstwa, przez drogowców, po miasto. Wspólny mianownik jest zawsze ten sam — i na końcu powiem Ci, co z tego wynika dla Ciebie, bo to nie jest tylko rechot z cudzej wpadki.
Sprawa pierwsza: MON, czyli jak obronić kraj, ale nie obronić jpg-a
Wiceszefowa MON pojechała do Poznania na uroczystości 70. rocznicy Czerwca '56 — słusznie, ważna data. Wróciła, wrzuciła na portalu X zdjęcie z obchodów, ładny wpis o poznańskich Jeżycach i wartościach. I byłoby pięknie, gdyby nie to, że zdjęcie przeszło wcześniej przez „poprawę jakości" przy pomocy AI.\
A sztuczna inteligencja, jak to ona, poprawiła. Po swojemu. Mężczyźnie stojącemu w tłumie za panią minister zamazała napis na koszulce — akurat taki, na którym widniało „Narodowcy RP". Żołnierzowi obok dorobiła na mundurze jakieś niestandardowe ozdóbki, których armia raczej nie przewiduje w regulaminie. Internauci wyłapali to w kilka minut, a wicerzecznik PiS grzecznie załączył oryginał i zapytał, dlaczego napis zniknął.
MON przyznało się do użycia AI i wydało oświadczenie, że chodziło wyłącznie o poprawę technicznej jakości, a modyfikacja elementów była „niezamierzona". I wiesz co? Prawdopodobnie mówią prawdę. Bo na tym właśnie polega cały problem, o którym za chwilę.
Wyobraź to sobie tak: prosisz grafika, żeby rozjaśnił Ci zdjęcie z wesela. Dostajesz z powrotem fotkę, na której wujek zniknął, ciocia ma sześć palców, a napis na torcie zmienił się z „Sto lat" na „Sto łat". I grafik mówi z pełnym przekonaniem: „poprawiłem jakość". To nie jest złośliwość. To jest maszyna, która nie rozumie, co widzi.
Jak celnie podsumował fotograf prezydenta Mikołaj Bujak: jedno z najpoważniejszych ministerstw zrobiło „zamiast pokazu siły pokaz braku kompetencji". Ministerstwo Obrony. Nie obroniło jednego zdjęcia przed Chatem.
Sprawa druga: droga pod Pleszewem, której nikt nie musiał zmyślać
Ta jest jeszcze piękniejsza, bo tu nie było żadnej presji, żadnego kryzysu, żadnego napisu do ukrycia. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w Poznaniu skończyła budować dwukilometrową drogę pieszo-rowerową przy „jedenastce", na odcinku Janków–Kuczków–Krzywosądów pod Pleszewem. Inwestycja realna, potrzebna, kosztowała blisko cztery miliony złotych. Dzieci pójdą bezpieczniej do szkoły. Wszystko git.

Drogowcy chcieli się pochwalić. Mieli gotową drogę. Mieli prawdziwe zdjęcia prawdziwej drogi. I wiesz, co zrobili? Przepuścili te zdjęcia przez AI. Powód — i to jest cytat rzeczniczki — „chcieli, żeby nie było napisów na dole zdjęć". Chodziło o zwykły znak wodny. Zamiast go po prostu przyciąć, wpuścili maszynę, żeby „ładnie wyczyściła".
Efekt? AI wygenerowało drogę, której nie ma. Tablica z nazwą ulicy Kościelnej zmieniła się w „Kosceiono". Pleszewska skończyła jako coś zakończone na „gablii". Znaki drogowe straciły rowery i pieszych, jeden dla równowagi stanął sobie w parku. Pojawił się nieistniejący kwadratowy niebieski znak z rowerem — taki, którego w polskim kodeksie drogowym po prostu nie ma. Poziome oznaczenia na asfalcie też się rozjechały.
Czyli mieli prawdziwą drogę i prawdziwe zdjęcia — a opublikowali fikcyjną drogę z ulicą „Kosceiono", żeby zniknął im logotyp na dole. To trochę jak wyprawić prawdziwe wesele, a potem wygenerować sobie AI-wesele, którego nie było, tylko po to, żeby usunąć znaczek fotografa z rogu.
Najlepsza jest jednak reakcja rzeczniczki, dopytywanej, po co w ogóle użyli AI zamiast realnych fotek: „Skupmy się na tym, co jest teraz. Zdjęcia są takie, jakie są" i „nic to już nie zmieni". Zdjęcia rzeczywiście szybko podmieniono na prawdziwe. Krzaki zostały w internecie na zawsze. Jprdl.
Sprawa trzecia: Łódź, harcerskie kwiaty i szparagi, których nie ma
Łódź postanowiła uczcić Dzień Myśli Braterskiej i na swoim oficjalnym fanpage'u wrzuciła zdjęcie Placu Wolności pięknie udekorowanego kwiatami ułożonymi w harcerską lilijkę. Wzruszające, symboliczne, ładne. I wygenerowane przez AI — o czym miasto jakoś zapomniało wspomnieć. Żadnego dopisku „grafika AI", żadnego oznaczenia. Po prostu zdjęcie, jakby ktoś wyszedł rano na plac i pstryknął telefonem.
I tu zaczyna się część, której żaden generator nie przewidzi. Bo część mieszkańców zobaczyła te kwiaty i zrobiła najbardziej ludzką rzecz pod słońcem: wsiadła w tramwaj i pojechała je obejrzeć na żywo. „O, ładnie zrobili, skoczę popatrzeć." Dojechali na Plac Wolności, a tam — nic. Zero lilijki, zero kwiatów, goły plac i zdziwione gołębie. Wracali wkurzeni i pisali miastu wprost, że wysłało ich po coś, czego nie ma.
I teraz uwaga, bo to jest ten moment, w którym instytucja albo dorośnie, albo się kompromituje. Łódź wybrała wariant drugi. Zamiast przeprosić i poprawić główny post — bo to on wpuszczał ludzi w maliny — urząd zaczął tłumaczyć się w komentarzach: „Tak, to tylko symboliczna, wygenerowana w AI grafika, by przypomnieć o tym dniu". Czyli: sami nie oznaczyliśmy tego jako AI, ale wy powinniście się byli domyślić. Wysłać mieszkańców po nieistniejące kwiaty i jeszcze zrobić z nich naiwniaków, którzy nie poznali się na oczywistości.
Czy Łódź wyciągnęła z tego wnioski? Ależ skąd. Chwilę później na tym samym profilu wylądowało zdjęcie ulicy Szparagowej — a na niej, jakżeby inaczej, rosnące wzdłuż chodnika gigantyczne szparagi. Znowu AI. Znowu fejk. Tym razem chociaż nikt nie pojechał ich zbierać do zupy. Chyba.
A teraz prawdziwy problem: cała administracja już to robi. Po cichu.
Te trzy wpadki to nie były wyjątki — trzej pechowcy, których akurat złapano za rękę. To wierzchołek czegoś, co ma już swoją nazwę: shadow AI, czyli szara strefa sztucznej inteligencji w urzędach. I nie mówię tego z sufitu — wynika to z badań NASK.
NASK sprawdził, jak polska administracja publiczna naprawdę korzysta z AI. Wniosek jest taki, że urzędnicy powszechnie i całkowicie nieoficjalnie sięgają po ogólnodostępne narzędzia generatywne — często ze swoich prywatnych kont. Nie w ramach jakiegoś bezpiecznego, urzędowego systemu z zasadami. Prywatnie. Z domowego ChatuGPT, wklejając to, co akurat leży na biurku.
I sami się z tym specjalnie nie kryją. W wywiadach grupowych urzędnicy wprost przyznawali, że już dziś używają publicznych narzędzi do redagowania pism, dokumentów i treści — bo to ogromne ułatwienie, przyspiesza rutynę, poprawia komfort pracy. Jeden z nich podsumował to rozbrajająco szczerze:
„(…) żeby sobie ułatwić pracę i życie, to korzystają wszyscy, ale nie jest to sformalizowane u nas".
Przeczytaj to zdanie jeszcze raz, powoli. „Korzystają wszyscy" i „nie jest to sformalizowane". Czyli: robimy to na masową skalę i nikt tego nie ogarnia. A teraz pomyśl, co trafia do takich pism. Twoje nazwisko. Twój adres. Numer sprawy. Czasem PESEL, dane z wniosku, cała Twoja sytuacja rodzinna. I to wszystko potrafi wylądować w publicznym modelu AI, wklejone z prywatnego konta urzędnika, który po prostu chciał szybciej skończyć pismo przed obiadem. Bez zgody, bez kontroli, bez żadnego śladu.
To już nie jest śmieszny obrazek z sieci. To jest Twój wniosek w cudzym ChacieGPT.
Co z tego wynika — i czego tu NIE napiszę
Mógłbym teraz zrobić Ci poradnik „jak rozpoznać, że zdjęcie jest z AI" — rozjechane literki, sześć palców, krzaki zamiast napisów. Tylko że to rada z terminem ważności krótszym niż jogurt. Modele są coraz lepsze i za moment na oko nie odróżnisz przeróbki od oryginału — fałszywe zdjęcia, głos i wideo dojdą do poziomu, na którym gołe oko przestaje cokolwiek znaczyć. Uczyć Cię dziś „patrz na palce" to jak uczyć rozpoznawania fałszywych banknotów po zapachu. Za rok bezużyteczne.
Więc pójdziemy w drugą stronę. Nie chodzi o to, żeby bać się AI ani tropić je jak detektyw. Chodzi o to, żeby nauczyć się z niego korzystać mądrze — bo ono zostaje na dobre, a te trzy afery wzięły się nie z tego, że AI jest złe, tylko z tego, że ludzie użyli go bez pomyślunku. Sztuczna inteligencja to jak piła tarczowa: w dobrych rękach robi robotę, w przypadkowych obcina palce.
Payload — dla Ciebie i dla każdego urzędu, który to czyta:
- AI to asystent, nie źródło prawdy. Świetnie podpowie, streści, zredaguje szkic. Ale wszystko, co z niego wychodzi — zdjęcie, pismo, liczbę — sprawdza człowiek, zanim pójdzie to w świat. „Wjechał Chat, brak czujności, poszło" to nie jest procedura. To jest opis katastrofy.
- Do dokumentacji i dowodów nie tykaj generatywnego AI. Ono nie „poprawia" zdjęcia — ono tworzy je od nowa, zgadując, jak powinno wyglądać, i dopisując to, czego nie ma. Fotka z uroczystości czy z inwestycji ma pokazywać, co było, a nie ładniejszą wersję tego, co model sobie dopowiedział. Znak wodny zdejmujesz nożyczkami, nie regeneracją.
- Publikujesz grafikę z AI? Oznacz ją. Jedno słowo — „grafika AI" — pod postem. Tyle wystarczy, żeby nikt nie pojechał tramwajem oglądać nieistniejących kwiatów, a Ty nie musiał się potem tłumaczyć w komentarzach, że przecież „to było oczywiste". Skoro nie było, to je opisz.
- Nie wrzucaj cudzych danych do publicznych narzędzi. To najważniejsze zdanie w całym tekście. Pismo z danymi obywatela, wniosek, cokolwiek wrażliwego — nie ląduje w darmowym ChacieGPT z prywatnego konta. Jeśli urząd chce używać AI (a powinien!), to na jasnych zasadach, na bezpiecznych narzędziach i po szkoleniu — a nie w szarej strefie, po kryjomu.
Bo AI w rękach urzędu to może być realne przyspieszenie i mniej kolejek. Ale bez zasad i bez wiedzy zamienia się w maszynę do produkowania afer i wycieków. A różnica między jednym a drugim to nie jest lepsza technologia. To jest wiedza, jak jej używać.
Ucz się AI świadomie — Ty, ja, i ten pan z departamentu komunikacji.
Zobacz podobne artykuły

Awarie IT zdarzają się każdemu
Od paru godzin trwa awaria komunikatora internetowego Slack. Kilka tygodni temu nie można było korzystać z usług firmy Google, a jeszcze wcześniej spora część Internetu nie działała z powodu awarii usług Cloudflare. Czy to możliwe, że usługi w chmurze są niedostępne?

Macierz Eisenhovera, czyli jak zapanować nad priorytetami?
Iść na przerwę a może odpisać na tego maila, czy odebrać telefon od przełożonego? W jakiej kolejności zająć się tymi zadaniami, aby nie utracić nad tym kontroli i nie popaść w bezsilność? Rozwiązaniem tych problemów może być Macierz Eisenhowera (nazywana także Matrycą lub Kwadratem Eisenhowera).

Czy Alert RCB powinien informować o wyborach prezydenckich?
Komunikacja w niebezpieczeństwie jest jednym z ważniejszych zagadnień jakie się porusza podczas żeglowania, latania czy nurkowania. Ostrzeżenia potrafią uratować życie, dlatego nie powinny być lekceważone, a tym bardziej nie powinny swoją treścią prowadzić do ich zignorowania.



